Ważnna InformacjaSzanowni Państwo, w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie, w ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Jeśli nie wyrażają Państwo zgody, uprzejmie prosimy o dokonanie stosownych zmian w ustawieniach przeglądarki internetowej.
[x] zamknij
zamknij i nie pokazuj tego komunikatu ponownie [x]

Nasi partnerzy

Bornholm-Kołobrzeg zima 2012

 
Mimo wielu prób nikomu oprócz nas nie udało się zrobić tej trasy zimą. Zapisaliśmy się jako pierwsi kajakarze, którym udało się przepłynąć ten odcinek zimą w bardzo trudnych warunkach pogodowych.

Jak już wiecie latem nam się nie udało. Z przyczyn nie zależnych do końca od nas. Zanim SAR zwinął nas z morza podjęliśmy decyzję o powtórce wyprawy. Żeby podnieść poprzeczkę zaplanowaliśmy ją na zimę 2012. Od września zeszłego roku zaczęliśmy powoli przygotowania. Najważniejszą sprawą było zorganizowanie jednostki asekuracyjnej. Przypomnę, że w lecie płynęliśmy bez asekuracji, ale zimą przy temperaturze wody 5st. każda wywrotka mogła kosztować nas życie a w najlepszym wypadku koniec wyprawy. Na takie zakończenie stanowczo nikt z nas nie miał ochoty. Dzięki Tomkowi, który był motorem napędowym w organizacji dogadaliśmy wstępnie łódź i jej koszty. Następnie ruszyliśmy poszukać ludzi, którzy zrozumieliby nasz dziwny projekt i zechcieli wspomóc finansowo. Na pierwszy ogień poszedł prezydent Kołobrzegu. Wyszliśmy od niego szczęśliwi i bogatsi o tysiąc złociszy. Kilku lokalnych przedsiębiorców i kolegów wspomogło nas na tyle, że mieliśmy środki finansowe na łódź. Później się okazało, że nasza jednostka niestety uległa awarii i musieliśmy wybrać inną łajbę. Padło na m/y Nurek z Kołobrzegu. Kiedyś statek ten pływał w WOPie i ścigał uciekinierów, teraz miał okazję pomóc kajakarzom. Kajaki oczywiście dostaliśmy od najlepszego polskiego producenta Aquarius Kayaks. Jak poprzednio popłynęliśmy na Explorerze(Ja i Andrew), Tomek płynął na Sea Emotion. Sprzęt spisał się na medal. Szczególnie przy warunkach jakie mieliśmy na morzu.

 

Wracając do wyprawy.
Od początku stycznia obserwowaliśmy prognozy pogodowe. Czailiśmy na jakiś wyż, który pozwoliłby nam na płynięcie. Na 15 stycznia według wszelkich portali pogodowych mieliśmy pogodę jak dzwon. Cała prognoza przesunęła się jednak o dwa dni. Będąc na stałych łączach z kapitanem Nurka zapadła decyzja: w poniedziałek wypływamy na Bornholm. O godz.20 zameldowaliśmy się na statku, zapakowaliśmy majdan, jeszcze mały wywiad dla lokalnej TV i w drogę. Po wyjściu z portu poszliśmy raczej dość szybko spać co w efekcie uchroniło nas od przygód z błędnikami. Ja dodatkowo byłem dość poważnie podziębiony. Podczas kiedy spaliśmy

 

Nurek spokojnie dopłynął do Nexo na Bornholmie. Co zajęło mu bez zbędnego dociskania gazu siedem godzin. Rano na starcie po toalecie, śniadanku zaczęliśmy przygotowywać sprzęt. Gratów było sporo, bo zaplanowaliśmy nie przyjmować z pokładu asekuracji żadnej pomocy typu gorące posiłki czy napoje. Wszystko musiało się zmieścić do kajaków. Pomoc mieliśmy otrzymać tylko w wypadku wywrotki albo załamki fizycznej. Oprócz tego planowaliśmy nawigować samemu, ale to zadanie było akurat łatwe mając łódź przed sobą na kursie. W porcie było bezwietrznie. Odsłuchaliśmy ostatnią prognozę radia Witowo: stan morza 2, kierunek wiatru N,NE siła 3B. Warunki jak marzenie. Krótka odprawa. Dogadanie jak się kontaktujemy UKF-ką ,co jaki czas i sygnały gdyby coś było nie tak. O godz.11 zapakowani, pełni sił i wiary ruszyliśmy w kierunku celu. Do Kołobrzegu dokładnie 100 km. Pierwsze kilometry schodziły całkiem sympatycznie. Prognoza potwierdzała się w 100%. Średnia prędkość do 45 kilometra trasy wychodziła 5.2km/h łącznie z przerwami. Pauzy planowaliśmy po każdej godzinie wiosłowania. Buła z szynką i ananasem (stary kolarski patent) izotoniki, kawa i batoniki uzupełniały stracone kalorie. Nurek trzymał się daleko z przodu, odskakiwał jak dopływaliśmy po komendzie na UKF-ce: „ Nurek tu kajak2 wszystko ok”. Ekipa przyjaciół z sukcesami wędkowała na duńskich łowiskach. Na obiadek mieli świeżutkiego dorsza. Wszystko szło zgodnie z planem. Nasze obliczenia których dokonaliśmy na trasie, że trasę pokonamy pewnie w 17h wkrótce miała zweryfikować pogoda. Komunikat jaki przekazał nam kapitan Krzysztof nie napawał optymizmem: stan morza 3-4 przechodzący na 4 wiatr 6B z kierunku W skręcający na SW. To niezła lipa. Tym bardziej, że na dłuższym odcinku trasy jaki mieliśmy przed sobą. Oraz nocą, która dopiero miała nastać. W Lipcu noc to był cukierek w porównaniu z zimą. Lipcowa noc na morzu trwała jakieś 3h, a pełnej ciemności mieliśmy z 1.5h. Teraz światło zgasło jak się później okazało na 14h. Jedyne co widzieliśmy w pobliżu to światła Nurka, którego kapitan już nie płynął tak daleko od nas jak za dnia. Z resztą w jego głosie wyczytaliśmy, że zaczyna wątpić czy damy radę tak długo płynąć. Nasza ekipa na statku też przeżywała katusze. Dziś się śmiejemy, że założą kółko kajakowo-hawciarskie. Boczny wiatr i fala w prawą burtę nie ułatwiała wiosłowania. Na przerwach, które teraz planowaliśmy po każdych 5km zbijaliśmy kajaki w tratwę. Czołówki na naszych głowach i radar na Nurku pokazywał naszą pozycję. Zimno zaczęło się wreszcie dawać we znaki. Mi wysiadały uda. Woda wlewała się minimalnie kominem fartucha. Chłopaki narzekali na ręce. Zmian rękawic mieliśmy po trzy pary + neopreny na czarną godzinę. Do końca rejsu wykorzystaliśmy wszystkie.

 

Ostatnią parę zmyła fala zanim zdążyłem dać ją Andrzejowi. Używaliśmy luźnych gumowych rękawic z polarem w środku. Żaden neopren na tą ilość godzin nie sprawdziłby się. Za ciasno leży na rękach. Na uda położyłem dodatkowo zapasową kurtkę i poddupnik neoprenowy z siedziska co jakoś załatwiało temat marznięcia. Nie zdały egzaminu ogrzewacze chemiczne na które mocno liczyliśmy. Jakiś wredny dowcipniś napisał na aukcji, że grzeją min. 4h. Nam starczały na 5min i stygły. Jakby ktoś nam tam podstawił sprzedawcę tych wynalazków pewnikiem byśmy gnojka utopili;). Nocne pływanie przy tej fali skutkowało dramatycznym spadkiem naszej postępowej. Patrząc na prędkość ruchu w/g GPsa nasza prędkość spadała poniżej 3km/h. Walka z dużym zafalowaniem i mocnym wiatrem nie była łatwa. Noc była tak totalnie ciemna, że nie widzieliśmy nawet zarysu fal. Kilkakrotnie ratowaliśmy się głębokimi podpórkami dostając mocno w boki kajaków. Z czasem przyzwyczailiśmy się do tego, że woda przelewa nam się przez całe kajaki. Zmęczenie psychiczne i fizyczne dawało w kość dość poważnie. Pierwszy kryzys jakoś przeżyliśmy.

 

Później  okazało się, że nie ostatni. Jak zobaczyliśmy światła elektrowni wiatrowych dostaliśmy nową porcję energii do wiosłowania. Jednak do brzegu zostało jeszcze 27 km. W naszym stanie było to potężnie daleko. Każdy kilometr dłużył się w nieskończoność. Tomek widział już brzeg, Andrzej światła kołobrzeskich hoteli, mi już wzrok też płatał figle. Rozmawialiśmy po powrocie z załogą. Powiedzieli, że jak zobaczyli nad ranem nasze twarze chcieli nas podjąć na pokład. Twardzi byliśmy do końca i nie było mowy o odpuszczeniu. Jak już widać było brzeg i do portu zostało nam 15km nadeszło najpoważniejsze załamanie. Łapska mieliśmy już tak odrętwiałe, że nie wyobrażałem sobie jak damy radę. Dodatkowo przy podpórce przemoczyłem kurtkę od rękawa po pachę. Tomek płakał już bo ciężko mu było trzymać wiosło. Andrzejowi zdarzało się wiosłować w powietrzu. Zapas z trzech litrów gorącej kawy i herbaty skończyły się koło 8 rano. W ostatnim termosie została paskudna zbożówka Andrzeja w stanie lekko letnim, która smakowała mi i Tomkowi jak nigdy dotąd. Ostatnia 15-stka a my się poddamy? Była taka opcja lecz szybko postaraliśmy się wyzbyć myśli o porażce. Żaden z nas by sobie nie darował końca wyprawy tak blisko brzegu i po takiej ciężkiej nocy. Wzajemny doping, wojskowe opierdalanie i chwała jaka czekała na brzegu obudziły w nas ostatnie pokłady sił. Docelowa meta gdzie czekały nasze rodziny i prasa znajdowała się w porcie jachtowym. Dwa ostatnie kilometry przed główkami portowymi wiosłowaliśmy nie przesuwając się nawet o dwieście metrów. Prąd morski przy tym wietrze był tutaj tak silny, że skutecznie blokował nam lądowanie w porcie. Padła szybka decyzja. Cel zapasowy – plaża centralna przy molo spacerowym. Po 10 minutach byliśmy na plaży. Rodzinki dotarły na czas. Moje dzieciaki dzierżyły w rękach transparent powitalny. Żonie łezka kręciła się w oku. Tomka córka towarzyszyła nam cały czas na łodzi asekuracyjnej. Telewizja się spóźniła i nie nagrali jak dopływamy. Poprosili o krótkiego dubla. Co dla mnie i Andrzeja było zdecydowanie najtrudniejsze. Wejść jeszcze raz do kajaka i machnąć cztery razy wiosłem było już dla nas wyczynem ekstremalnym. Po krótkich wywiadach popędziliśmy do sauny ogrzać nasze tyłki zmarznięte na sople. Nie telewizja i prasa była tu najważniejsze. Nam się udało zrobić to zimą !! Bez minusów na termometrze, na to nie mieliśmy wpływu. Za to ponad połowę trasy pokonaliśmy w stanie morza 4 i sile wiatru 5-6B. Co i latem sprawiłoby sporo trudności. Daliśmy radę i tylko to się dla nas liczy. Z pokładu Nurka nie dostaliśmy żadnej pomocy typu jedzenie czy ciepłe napoje, choć na końcu pokusa była duża żeby poprosić o termos z herbatą.

Cieszyło nas też bardzo, że nawet w Teleexpresie wylądowaliśmy. Kajakarstwo to raczej mało promowany w naszym kraju sport i każda wzmianka w TV cieszy. Nawet jak nie dotyczy nas bezpośrednio.


PS po dopłynięciu nie było śladu po mojej gorączce i przeziębieniu – znalazłem nowy lek -100 km Bałtykiem zimą

 

 

 

PODZIĘKOWANIA ZA POMOC: SUBMARINE, EURO-GIPS, BARAM-SERWIS, AQUARIUS KAYAKS, E-KAJAKI, M/S NUREK, TELEWIZJA KABLOWA KOŁOBRZEG, PREZYDENT MIASTA KOŁOBRZEG.

BEZ WAS TA WYPRAWA NIE BYŁABY MOŻLIWA.